sobota, 22 lipca 2017

Od Rinel


 Czarne, smukłe łapy brodziły w kałuży krwi. Długie pazury stukały o kamienny grunt. Stałam wciąż na zewnątrz jaskini. Mogłabym zareagować, gdybym zjawiła się tu wcześniej. Teraz mogłam jedynie patrzeć na to jak czarne monstrum zacisnęło po raz kolejny swe szczęki na krtani mej matki. Jej zawsze zadbana, karmelowa sierść została zatopiona w kolorze burgundu. Napastnik wykonał zgrabny ruch, jakby było to dla niego niczym, a następnie cisnął ciałem o ścianę. Niemal słyszałam jak kości wadery pękają. Co poczułam: żal, tęsknotę, gniew? A może wszystko naraz? Chciałam zareagować, lecz na próżno. Trudno byłoby mi się mierzyć z takim przeciwnikiem, zwłaszcza, że nie rozumiem powodu, dla którego to zrobił. Silny ruch odciągnął mnie od jaskini. Dumny basior o beżowej sierści pociągnął mnie za sobą. Praktycznie zapomniałam o moim zadaniu. Miałam przecież odnaleźć głowy watahy. W tym właśnie zadbać o bezpieczeństwo Księcia - zwanego też na innych terenach następcą alfy. Pełniłam ważną funkcję, a dałam się zmieść emocjom. Posłuchałam głosu, który mówił, aby sprawdzić co u mojej matki. Teraz to już nie ważne, ona nie żyje, a ja straciłam czas. Jednak… Musiałam zadać to pytanie na głos. Odziany w złotą zbroję basior jako jedyny mógł znać odpowiedź. 
- Aldariel! Dlaczego! Co on tam robi! 
- Nie możemy teraz rozmawiać. - ponaglił mnie do biegu. 
- Chcę wiedzieć dlaczego zobaczyłam jak mój brat zamordował własną matkę! - zatrzymałam się, nie zważając, że znienacka może wyskoczyć przeciwnik. Pytałam o rodową zdradę. 
- Czy nie rozumiesz, że to nie czas na takie rozmowy?! Dolina została zaatakowana!- warknęłam cicho na jego wypowiedź. Wiedziałam, że miał rację. 
- W takim razie musimy pędzić do Króla. Tam będziesz bezpieczny i obmyślimy lepszą strategię. 
- Nie puszczę cię do mego ojca. - powiedział. Zwykle był nieśmiałym basiorem, ale tym razem w jego oczach malowała się nie widziana jeszcze przeze mnie determinacja. Popchnął mnie i wskazał kierunek, w którym oboje zaczęliśmy biec. Kierowaliśmy się na południe. Czyli coraz dalej od głównej jaskini… Słyszałam krzyki okolicznych mieszkańców. Ile wilków musi umrzeć i dlaczego nie mogę im pomóc? Jestem młoda, ale potrafię walczyć. Przed nami ujrzałam kilkoro najeźdźców. Ja i Aldariel spojrzeliśmy na siebie, kiwając porozumiewawczo głowami. Rzuciliśmy się na psowate. Ciosy musiały być starannie dobrane, bowiem przeciwnicy byli wzrostu dwóch wilków. Ich smukłe sylwetki mogłam wykorzystać do mojego ataku. Odskoczyłam na bok od konkurenta i prześlizgnęłam się pod jego brzuchem. Mam równo trzy sekundy zanim zorientuje się co planuję. Po jego przeciwnej stronie odbiłam się od podłoża i chwyciłam go za skórę między łopatkami. Wykorzystując siłę mojego ruchu udało mi się powalić go na ziemię. Nie zwalniając tempa wgryzłam się w twardą skórę na jego podgardlu. Krew Veronów była gorzka jak nic innego. W pysku pozostał mi jeszcze jej cierpki smak. Na ziemię powalił mnie kolejny z tej rasy. Ogromna wadera przygniotła mnie do ziemi, wysuwając swe pięciocentymetrowe, białe kły. Była ode mnie znacznie silniejsza. Sekunda biegła za sekundą, a ja wyczekiwałam na jej ruch, będąc gotowa do sparowania ciosu. Wtedy Książę jednym ruchem zrzucił ją ze mnie. Zaczął szarpać każdy kawałek ciała samicy. Przysięgam, że słyszałam jak łamie jej kości. 
- Dalej! - krzyknął po krótkiej chwili. Bez chwili zawahania podążyłam za nim, przeskakując nad ciałami, których krew zabarwiła rzekę. Jakże dobijające było to, że nie były to tylko zwłoki naszych wrogów, ale i rozszarpane ciała towarzyszy broni, mieszkańców doliny czy ich szczeniąt. Teraz musiałam biec za nim. Nie wiem jaki miał plan, ale nie było odwrotu. Coraz bardziej oddalaliśmy się od pola bitwy. - Musisz się stąd ewakuować! 
- Co?! Dlaczego?! Jestem głównym strategiem! - zaprotestowałam po raz kolejny. 
- Draag kazał abym ci pomóc. Uciekniesz najdalej na południe jak się da. - cóż, innego kierunku nie ma. Na północy rośnie Las Yrsmi, to tam żyją Veronowie. Za to z wschodu i zachodu otaczają nas góry. 
- Nie będę się słuchać mordercy mojej matki! - starałam się nie biec za szybko, aby beżowy samiec mógł za mną nadążyć. - Nie rozumiesz, że nie miał wyboru?! My wilki nienawidzimy Veronów i chcemy zagłady dla nich wszystkich, a on jest mieszańcem. Żadna ze stron go nie przyjmie! Mam tylko hipotezy na temat tego co nim kieruje, ale on chce cię chronić. I ja również! 
- Nie mam pięciu miesięcy. Dam sobie radę. 
- Chociaż raz zrób coś o co cię prosimy! Nie tylko on, nie tylko ja! My oboje! - zatrzymaliśmy się przy skałach. Aldariel brał głębokie wdechy. Muszę im zaufać. Ma rację. Przecież za tym wszystkim musi kryć się jakiś cel. 
- Zgoda. - zawiesił na mojej szyi srebrną monetę. 
- Nie wracaj, to my będziemy musieli cię znaleźć. - powiedział. 
- Aldi… Nie dajcie się zabić; nie pozwólcie Dolinie upaść. - kiwnął głową na znak, ze zrozumiał i przytulił mnie mocno. Zbroja dodająca mu wdzięku i chroniąca przed ciosami idealnie do niego pasowała. Wiedziałam to od dawna, ale w chwili rozstania nagle przyszło mi to na myśl. Basior odwrócił się, posyłając mi blady uśmiech i zmienił swoją formę. Po chwili na niebie pojawił się złoty smok. 
~*~ 
 Obudziłam się pod wieczór. Leżałam pod jednym z drzew w tutejszym lesie. Przebywałam tu od paru dni. Przeciągnęłam się, uważnie obserwując otoczenie i nasłuchując czy nikt nie kręci się w pobliżu mnie. Powietrze było strasznie suche, aż zaschło mi w pysku. Wstałam, cicho mlaskając i ruszyłam w stronę, z której słyszałam szum wody. Od dwóch lat wędruję tak jak kazał mi Aldariel. Czekałam bardzo długo, ale straciłam nadzieję, że przeżyli starcie. Coraz mniej o nich myślę. Żałuję jedynie, że nie pomogłam innym. Zawiodłam ich. Przez miesiące wędrówki w mojej głowie pojawiało się wiele hipotez dotyczących mego brata, lecz do teraz żadna nie wydaje się być na tyle prawdopodobna i satysfakcjonująca, aby mogła okazać się prawdą. Spojrzałam na niebo. Za pół godziny słońce schowa się za horyzontem. To byłaby dobra pora, aby coś upolować, jednak nie czuję zanadto głodu. Jadłam wczoraj jakiegoś szaraka, do jutra na pewno mi wystarczy. Teraz tylko muszę zaspokoić pragnienie. Schyliłam się, aby wziąć kilka łyków zimnej wody. Gardło podziękowało mi za tę ofiarę. Wiatr niósł ze sobą dziwny zapach. Czyżby były to wilki? Powinnam pójść z nurtem rzeki. Stamtąd wieje wiatr. Może za kilka godzin kogoś spotkam. 
 
<Ktoś?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz